Nie znoszę chodzić do lekarza. Nie z powodu igieł czy przykrych wieści. Po prostu nie cierpię czekać. A u mojego internisty zawsze czeka się minimum godzinę, nawet jak masz rejestrację na konkretną godzinę. W grudniu, z bolącym gardłem i lekką gorączką, usiadłem w plastikowym fotelu w przychodni przy ulicy Górczewskiej. Wokół mnie – starsza pani kaszląca jak foka, facet z bandażem na ręce i matka z wrzeszczącym dzieckiem. Obiecane życie. Do mojej kolejki zostało jeszcze 12 osób. Wyjąłem telefon.
Zacząłem przewijać jakieś głupoty. Facebook – nudny. Instagram – same reklamy. Wszedłem w sklep z aplikacjami, nie wiem nawet po co. Może z przyzwyczajenia. I tam, w sekcji „gry”, zobaczyłem coś, co przykuło moją uwagę. Ikona była elegancka, ciemna, z dyskretnym złotym akcentem. Nazwa brzmiała znajomo –
aplikacja vavada. Kliknąłem, przeczytałem opis. Kasyno online. Normalnie bym przewinął, ale miałem przed sobą godzinę czekania i gardło, które ciągnęło mnie do domu. Pomyślałem: instaluję, zobaczę, a później usunę.
Zajęło to chwilę. Interfejs był prosty, intuicyjny. Nie trzeba było zakładać konta przez przeglądarkę – wszystko działało w środku. Zarejestrowałem się w minutę. Mail, login, hasło, potwierdzenie. Byłem w środku. Kolorowe automaty, spokojna muzyka, przycisk „depozyt”. W portfelu miałem 200 zł na zakupy po wizycie. Wybrałem z tego 40 zł. Postanowiłem: tyle wydam na tę głupią rozrywkę w kolejce. Jak przegram – trudno, będzie to cena za zabicie czasu. Jak wygram – niech będzie.
Włączyłem pierwszy automat, jaki mi wyskoczył. Coś z pierścieniami i klejnotami. Postawiłem 2 zł. Nic. Kolejne 2 zł – nic. Z 40 zrobiło się 30. Próbowałem innego – z dzikim zachodem, rewolwerami, kowbojami. Postawiłem 3 zł – wpadło 7 zł. Uśmiechnąłem się. Potem 5 zł – nic. Zostało 25 zł. W głowie już układałem sobie, że to był słaby pomysł i że za chwilę wrócę do gapienia się w ścianę. Ale coś mnie tchnęło, żeby spróbować jeszcze jednego. Tym razem automat z egipskimi symbolami – piramidy, skarabeusze, faraonowie.
Postawiłem 5 zł. Kręcę – nic. Serce mi wali, bo zostało 20 zł. Postawiłem kolejne 5 zł. I wtedy ekran eksplodował. Symbole zaczęły spadać kaskadą, dźwięki narastały, a na liczniku pojawiły się mnożniki. Najpierw 20 zł. Potem 50 zł. Potem 120 zł. Nie mogłem oddychać. A licznik dalej skakał: 250 zł, 400 zł, 600 zł. Zatrzymało się na 730 złotych. Siedziałem w tym plastikowym fotelu, z bolącym gardłem, wśród kaszlących ludzi, i patrzyłem jak w obraz. Pani obok spojrzała na mnie, bo pewnie zrobiłem dziwną minę. Uśmiechnąłem się tylko.
W pierwszym odruchu chciałem kręcić dalej. Ale moja żona zawsze powtarza: „nie bądź chciwy”. Wyobraziłem sobie jej minę, gdybym stracił wszystko przez jeden głupi spin. Kliknąłem „wypłata”. Okazało się, że pieniądze z bonusu powitalnego trzeba było obrócić. Ale miałem tyle szczęścia, że po kwadransie małych stawek spełniłem warunki. Wypłaciłem 680 zł. Reszta została w grze, ale to było bez znaczenia. Przelew na kartę przyszedł w ciągu pięciu minut.
W tym momencie pielęgniarka zawołała: „następny!”. Wszedłem do gabinetu z uśmiechem na twarzy. Lekarz zapytał, co mi dolega. Powiedziałem, że gardło i że chyba mam gorączkę. Ale w środku czułem coś zupełnie innego – ekscytację. Nie z powodu choroby, tylko z powodu tej głupiej, przypadkowej wygranej w kolejce.
Po wizycie zadzwoniłem do żony. Opowiedziałem wszystko. Śmiała się przez pięć minut. Powiedziała: „ty, taki stateczny facet, grasz w aplikacja vavada w przychodni? świat się kończy”. Ale w głosie czułem, że się cieszy. Te 680 zł oznaczało, że możemy kupić dziecku wymarzone sanki, zrobić lepsze zakupy i jeszcze odłożyć na nowy but dla niej.
Tak też zrobiliśmy. Sanki – 150 zł. Zakupy na święta – 300 zł. Buty dla żony – 120 zł. Reszta poszła na oszczędności. I wiecie co? Te sanki dały więcej radości niż cała wygrana. Dziecko uśmiechało się od ucha do ucha, gdy pierwszy raz zjeżdżało z górki. I wtedy pomyślałem: to jest prawdziwa wartość pieniędzy. Nie wtedy, gdy leżą na koncie. Nie wtedy, gdy przewijasz je w aplikacji. Tylko wtedy, gdy zamieniasz je na uśmiech bliskich.
Od tamtej pory aplikacja vavada została na moim telefonie. Ale nie na pierwszym ekranie. Jest w folderze „narzędzia”, schowana między kalkulatorem a notatnikiem. Wchodzę tam czasem, może raz na miesiąc. Zawsze z małą kwotą – 20, 30 zł. Zawsze z myślą: to jest mój bilet na 15 minut przygody. Jeśli wygram – wypłacam od razu. Jeśli przegram – wzruszam ramionami. Nauczyłem się jednego: hazard to nie jest sposób na życie. To jest dodatek. Przyprawa. Fajnie, gdy jest, ale bez niej też da się żyć.
Dziś, gdy ktoś pyta mnie o aplikacja vavada, mówię wprost: możesz spróbować, ale ustal zasady zanim zaczniesz. I trzymaj się ich jak pies płotu. Bo emocje będą podpowiadać „jeszcze jeden spin”. Tylko że w tym „jeszcze jednym” giną ludzie. Ja miałem szczęście. I miałem rozsądek. Dzięki temu tamta wizyta u lekarza pozostała miłą historią, a nie początkiem końca. I za każdym razem, gdy mamy śnieg i dziecko bierze sanki, wracam myślami do tej chwili. Do plastikowego fotela, do kaszlącej pani obok i do ekranu, który nagle rozbłysł na 730 złotych. Bez tej chwili nie byłoby tamtego uśmiechu. I to jest coś, czego żadne kasyno mi nie odbierze.